Tytuł:„Wdzięczność. Moje światło w ciemności”
🎵 Posłuchaj wersji audio tego wpisu!

4 stycznia 2023 roku – data, która jeszcze długo będzie dźwięczeć w moim sercu. Jest dla mnie bardzo osobista i symboliczna, bo 4 stycznia 1998 roku odszedł z mojego życia ON. Kiedyś i o nim opowiem. To był dzień, w którym coś we mnie pękło… ale też dzień, w którym coś się narodziło. Tak jak 27 lat temu narodziła się nadzieja na spokój, który – jak ta nadzieja – rozpłynął się szybciej, niż się pojawił.
Nie umiałam jeszcze wtedy tego nazwać. Wiedziałam tylko, że dłużej tak nie mogę. Że jeśli nie zrobię kroku – ten plecak, który niosę, przygniecie mnie na dobre.
I wtedy pojawił się rozwój. Pojawił się nauczyciel.
I pojawiła się wdzięczność.
Jak to mówią – gdy uczeń jest gotowy, znajdzie się i mistrz.
W odmętach internetu natrafiłam na wyzwanie. Coś mnie tknęło, by się zapisać.
Pierwszy raz zrobiłam noworoczne postanowienie – co prawda był już czwarty stycznia, ale co tam, dalej początek roku. Postanowiłam dać się poprowadzić. Tak trochę na ślepo. Wrócić do rozwojowych klimatów, które już wcześniej przewijały się w moim życiu, ale… zawsze odpadałam na pierwszym kroku.
A jaki to był krok?
Nie uwierzysz – pisanie.
Panicznie bałam się, że ktoś przeczyta. Że ktoś mnie zobaczy, zapyta, co piszę, i że mnie oceni.
Bałam się pisania jak diabeł święconej wody.
A jednak to właśnie ono – to pisanie, którego tak bardzo się bałam – okazało się moim lekarstwem.
Pomogło mi zobaczyć, co czuję. Ułożyć chaos.
Stało się pierwszym krokiem w powrocie do siebie.
Pamiętam, jak siedziałam w pokoju i po kryjomu zapisałam pierwszą wdzięczność według podsyłanych mi wskazówek. A przecież jako osoba w stanie lekko beznadziejnym, znalezienie choćby jednej rzeczy, za którą mogę być wdzięczna, do najłatwiejszych nie należało.
Wyzwanie trwało kilka tygodni.
Jakbym pokazała ci dzisiaj moje pierwsze zapiski – ile tam było pustych i nieuzupełnionych dni. Jakbyś zobaczyła, jak lęk i strach mnie paraliżowały… moje ciało podskakiwało w przestrachu na jakikolwiek szmer.
Byłam jak przestraszone zwierzątko, które nie wie, z której strony przyjdzie cios.
Miałam stany lękowe. Podskakiwałam ze strachu po kilkanaście razy dziennie – to wręcz stało się moją normalnością. Trzęsące się dłonie nikogo już nie dziwiły – „taka jej uroda”.
Ból żołądka towarzyszył mi niemal bez przerwy. Przywykłam do tego, jak moje ciało się czuje.
Pewnie specjalista zdiagnozowałby nie tylko nerwicę lękową, PTSD, ale i dorzuciłby jeszcze parę innych magicznych literek: DDA, DDD, BPD.
I może coś z tego jeszcze ze mną jest – ale już zaopiekowane.
Dałam sobie rok. Szalona, co?
Ale w skali 40 lat nie robienia ze sobą nic – to była tylko kropelka w oceanie.
Nie miałam nic do stracenia. Rok w tę czy we w tę – czas i tak upłynie.
W tym słabym, roztrzęsionym stanie – dałam sobie rok rozwoju osobistego.
Pomyślałam, że jeśli to nie pomoże, to wtedy pójdę do psychologa.
Ale dziś powiem Ci jedno – nie czekaj.
Jeśli czujesz, że nie dajesz rady – sięgnij po pomoc.
To nie wstyd. To troska o siebie.
Byłam zmęczona. Sobą. Życiem. Ciałem. Lustrem, które odbijało pustkę tak głęboką, że aż bolało.
Ale widziałam… że jeśli nie zaopiekuję się moimi emocjami, to te emocje zabiorą mi resztki sił do życia.
Wiedziałam, że muszę zrobić cokolwiek. Zacząć od czegoś.
Dać się poprowadzić – terapeutce, psychologowi, grupie wsparcia… komukolwiek, kto pomoże mi odbić się od dna.
Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
A ja gdzieś usłyszałam:
„Co nas nie zabije, to rozpierniczy nas od środka” – i jakże to było mi bliskie.
Wdzięczność i zauważanie tych zwykłych, przyziemnych, a jakże ważnych rzeczy, zaczęły otwierać mi oczy.
Zaczęłam widzieć, ile mam.
Zaczęłam dostrzegać, że jestem szczęściarą – choć przez długi czas zupełnie tego nie czułam.
Nie przyszło to od razu. Nie było magicznego kliknięcia.
To raczej proces… powolnego rozplątywania węzłów, których przez lata nikt nie próbował rozwiązać.
I tak sobie wtedy pomyślałam:
Może jeszcze nie wiem, kim jestem, ale wiem, że chcę się dowiedzieć.
Może jeszcze nie umiem kochać siebie tak prawdziwie, ale wiem, że zasługuję, żeby się tego nauczyć.
I może moje ręce wciąż się trzęsą, ale dziś trzymają długopis nie ze strachu… tylko z odwagi.
Od tamtej pory minęło już trochę czasu.
Nie wszystko jest idealnie, bo życie nie jest idealne.
Ale wiesz co?
Już nie czekam na idealny moment.
Już nie chowam się za „kiedyś”.
Jestem w drodze.
I każdego dnia uczę się mówić do siebie:
Hej, dobrze, że jesteś.