‘Ten jeden dzień, który chciałam zrozumieć”

Cześć, mój drogi Czytelniku,
Mamy czwartek. Zazwyczaj o 11:11 nowy artykuł już czekał na blogu.
Dziś… o tej porze jeszcze nie istniał.
Ostatnie dwa tygodnie były jak przechodzenie przez burzę.
A ja miałam dziś siedzieć w pociągu i zmierzać nad morze…
Tymczasem jestem w domu – zatrzymana kontuzją.
Przechodzę przez fale złości i innych intensywnych emocji.
I mogłabym śmiało powiedzieć: jak co roku.
Schemat urodzin powtarza się u mnie od lat.
Jakby jakaś część mnie szukała impulsu, by znów udowodnić sobie, że nie jestem kochana.
Czułam, jakby coś większego ode mnie trzymało mnie w garści od lat.
Klik. Akcja – reakcja.
Od rana szukałam momentu, w którym złapię go na gorącym uczynku.
Tego jednego momentu, w którym potwierdzi się to, co dobrze znam:
„Widzisz? Znowu zepsułeś mi ten dzień.”
Od dwóch tygodni czekałam na odpowiedź, szukając kto popsuł mi urodziny i kiedy….
O co tu chodzi? Co to tak naprawdę jest?
Mój partner – który, owszem, nie potrafi składać życzeń ani celebrować –
nie potrafi przełamać się choć raz, by zrobić ten jeden krok,
kupić choćby symbolicznego kwiatka…
Za to świetnie odgrywa w moim teatrze role, rzuca zdawkowe słowa, używa tonu głosu,
który dla mnie jest jak sygnał do zaczepki,
To trochę jakby próbował zagrać gest, którego nie czuje, a ja łapię się na to i wybucham awanturą
I tak o to
Mamy spektakl. Rok w rok.
Choćby minutę przed północą – coś musi wybuchnąć.
Od dwóch tygodni wisi nade mną emocjonalna siekiera.
Wkurzenie.
A przecież nie wiadomo już nawet o co poszło.
Emocje były tak wysokie, a chęć ucieczki tak duża, że…
aż odcięło mi nerw w nodze by mnie zatrzymać żebym w końcu zauważyła…
I tak – zamiast spacerów brzegiem Bałtyku – mam rehabilitację, konsultacje lekarskie, poszukiwania specjalistów.
Nie mam siły.
Nie mam siły wychodzić z psem na spacery.
Moje ciało nie daje rady.
Ale wiecie co?
To pokazało mi coś więcej.
Szukam domu.
A mój najważniejszy dom – ten, który mnie nosi w sobie – jest słaby, wątły, zaniedbany.
Odrobina wysiłku i już się rozsypuje.
Wzmocnienie tej mojej „chałupki” jest pilnie potrzebne.
Nie w wyobrażeniach. Naprawdę.
Bo jak mam mieć solidny dom z cegieł, skoro jestem jak trzcina na wietrze?
Moje mięśnie nie istnieją. Kondycja nie istnieje.
Jeśli nie zacznę od siebie – od ciała, od wnętrza – to przecież nic się nie zmieni.
Wszystko zaczyna się w nas. I wszystko kończy się w nas.
To ciało – choć może czasem można coś w nim „wymienić”, po cerować, poskładać –
to nie da się go porzucić i wskoczyć w nowe.
A ja nie mogę szukając aprobaty i zauważenia porywać się do zadań ponad moje możliwości,
I tak nikt tego nie doceni gdyż wychodzą one z mojego poczucia braku a nie z czystej chęci niesienia pomocy.
Nie chcę ignorować sygnałów ciała.
Nie chcę żyć tak, jakby było mi wszystko jedno.
Chcę w końcu powiedzieć:
Nie mam siły.
Jestem słaba.
Nie nadaję się teraz do fizycznych zadań.
To trudne. Ale to prawda.
Jedna chwila. Jeden niewłaściwy krok.
I życie wyjmuje nam wtyczkę.
Na szczęście u mnie to tylko mały bezpiecznik –
ale wystarczył, żeby pokazać, co się dzieje, gdy przestajesz słuchać ciała.
Nie można go wymienić.
Tego domku, który dostałam na życie, nie da się oddać i wymienić na nowy.
Zapominamy o sobie. O ciele. O jego granicach.
Przywiązujemy się do murów, do jednego miejsca, pracy, relacji.
I czasem nawet nie wiemy, jak bardzo jesteśmy w tym uwięzieni.
Ale dziś nie o tym.
Choć znowu mnie tam niesie.
Dziś… dziś o urodzinach.
O powracającym echo.
Znów była awantura. Znów ten sam teatr.
Wiedziałam, że to nie bez powodu wraca raz po raz, rok w rok…
Ale nie wiedziałam, co to mi mówi.
Puściłam to pytanie:
Co mam zobaczyć? Co mam sobie przypomnieć?
I jest – odpowiedź przyszła.
Choć szła do mnie dwa tygodnie.
Przyszła nagle. Jak zawsze.
W najmniej spodziewanym momencie.
Rok 2000. Piątek. Dzień przed 18-stymi urodzinami.
Mój starszy brat przyjechał. Zrobili zakupy. Wszystko miało być pięknie.
Goście zaproszeni. Jedzenie zaplanowane. Obiecali, żę wszystko przygotują.
Wracam do domu – a w kuchni… cisza. Pusto. Nic nie jest gotowe.
Okazało się, że – jak to u nas bywało – alkohol wygrał.
Zaczęli świętować dzień wcześniej.
Bo przecież nie wytrzymają.
Tyle alkoholu w zasięgu ręki…
Jedzenie? Czas? Przygotowania?
E tam. Najważniejsze, że jest co pić.
Pamiętam tamten wybuch.
Płacz. Nerwy. Krzyk.
Zawiedli mnie.
Olali.
Znowu.
A przecież to miał być mój dzień.
Dla gości. Dla mnie.
Z pomocą drugiego brata jakoś te urodziny się odbyły.
Ale ta scena… wróciła dziś z ogromną siłą.
Zrozumiałam, czego szukam co roku.
Tego potwierdzenia:
Nie jestem dla was ważna.
Zniszczyliście mój dzień.
Nie liczę się.
I ten teatr powtarza się od lat.
Bo ta rozpacz, te zablokowane emocje, to poczucie odrzucenia…
zakotwiczyły się głęboko.
Nie przypominam sobie więcej takich scen.
Ale dziś zaczynam rozumieć,
dlaczego to się powtarza.
Dlaczego właśnie w urodziny.
To był ten mój „aha” moment.
Zrozumienie, dlaczego rok w rok odgrywam ten sam spektakl.
Dlaczego wypatruję choćby cienia zaczepki, tonu głosu, drobnego gestu…
czegokolwiek, co potwierdzi:
Nie jestem dla ciebie ważna.
A potem nakręcam tę śnieżną kulę.
Toczy się dzień po dniu, aż staje się lawiną.
Szukam w niej potwierdzenia mojej beznadziejności i nieszczęścia.
I choć czuję, że to nie moje, że to nie ja…
To coś silniejszego ode mnie rozstawia scenę.
Scenę, na której znowu mam zagrać ten sam dramat —
tego dnia, co roku, niemal o tej samej porze.
Tylko po to, by jeszcze raz usłyszeć — nawet jeśli nie w słowach —
że nie jestem ważna.
Pamiętam to uczucie. Tamten dzień.
To, jak bardzo się wtedy poczułam odrzucona.
Jak bardzo niewidzialna.
Własna mama…
Zamiast świętowania — wybrała alkohol.
Zamiast tortu — wstyd.
Bo goście mieli przyjść, a w kuchni pusto.
Jejku, jakie to było okropne.
Ile nerwów, ile łez.
Koniec końców — urodziny się odbyły. Jakoś.
Z pomocą drugiego brata.
Ale cena, jaką wtedy zapłaciłam…
była ogromna.
I od tamtej pory — chyba co roku wracam.
Nieświadomie.
Szukam tamtego momentu.
Potwierdzenia, że znowu nie jestem wystarczająca.
Że znowu nie jestem dla nikogo pierwsza.
Że dzień moich urodzin, to dzień potwierdzania
mojej beznadziejności i tego, że nie ma czego świętować.
Skoro własna matka wybrała swoją imprezę.
A przecież tak bardzo bym chciała…
Choć raz — bez dramy.
Choć raz — być po prostu ważna.
Bez zgrzytów, bez warknięć, bez tego napięcia.
Zamiast tego — jeden buziak.
Jedno „cieszę się, że jesteś.”
Tu nie chodzi o wielkie prezenty
a o takie bycie razem
Marzy mi się świętowanie — w gronie bliskich.
Na przykład wyjście do restauracji.
Na pyszne jedzenie, bo przecież tak bardzo kocham dobre jedzenie…
Cóż, stało się — kolejne już za mną.
Znowu w tym samym schemacie.
I pytam siebie…
Czy uda mi się to w końcu rozbroić?
Odczarować?
Uwolnić się na tyle, by choć raz zapanować nad tą falą —
by nie dać się sprowokować,
nie zareagować na zaczepkę,
nie odpalić się, gdy coś zadźwięczy mi nie tak w uszach?
Czy potrafię puścić to między uszy,
nawet jeśli jedna nuta uderzy w stare, znajome miejsce?
Podobno czasem wystarczy coś sobie naprawdę uświadomić,
żeby dany schemat przestał nami rządzić.
Żeby można było coś puścić.
Uwolnić.
Więc puszczam.
Choć to nie zmienia faktu, że energetyczny armagedon zdążył już przejść przez nas jak burza —
kolejne awantury i fochy przetoczyły się jak czołg,
a po drodze zostawiły odłamki samounicestwienia.
Czy da się to jeszcze poskładać?
Nie wiem.
Wiem jedno — wróciłam do tamtego dnia.
Znalazłam to miejsce, które tak bardzo mnie zraniło,
i zrobiłam to, co mogłam:
Uznałam, że tak właśnie było.
I już.
Mimo wszystko… miałam piękne urodziny.
Przyszli moi przyjaciele i znajomi —
na zdjęciach widzę tyle cudownych twarzy,
tyle ciepła, tyle światła.
To naprawdę były wspaniałe urodziny,
nawet jeśli mojej mamy nie było na nich tak, jakbym tego chciała.
Ale mimo wszystko — ona chciała.
Miała dobre intencje,
choć często przegrywała z nałogiem.
Dostałam tyle cudownych prezentów
i dopiero dziś naprawdę widzę,
jak wielu wspaniałych ludzi mnie otaczało,
ilu miałam przyjaciół.
Pomimo tej rodziny, która była, jaka była —
ja miałam wokół siebie niesamowite wsparcie.
Kurczę, i to jak wielu…
To dzięki nim ten dzień był niezapomniany.
Piękny.
A ja mimo to —
zatrzymałam w sobie tamto odrzucenie.
Dziś je puszczam.
I dziękuję mojej mamie za to, że wtedy była.
Za to, że zrobiła mi te zakupy,
że kupiła wszystko, co było potrzebne,
by te urodziny mogły się odbyć.
I dziękuję jej za to,
że dała mi życie.
Wiem, że gdyby potrafiła inaczej,
zrobiłaby wszystko, żebym nie uroniła nawet jednej łzy.
Dziękuję mamo
PS.
Niektórzy ludzie stają na naszej drodze, by pomóc nam uwolnić to, co w nas uwięzione.
Często – nieświadomie – niosą tą trudną rolę.
Odbiją moje dziecięce rany i traumy.
Dziękuję im za to .
Bo choć o tym nie wiedzą… bardzo mi pomagają.
Najtrudniej zawsze mają ci najbliżej nas….
A u Ciebie drogi czytelniku?
Czy są w Twoim życiu sytuacje, które wracają… raz po raz?