„Podróż z sercem przez miasto szeptów i ciszy”
🎵 Posłuchaj wersji audio tego wpisu!

Tegoroczny maj nie rozpieszcza – więcej w nim chłodu niż ciepła, więcej deszczu niż słońca.
A mimo to… we mnie tyle pogody. Tej wewnętrznej, cichej, której nie zabierze żadna szarość nieba. Pogody ducha – rozlewającej się po mnie jak ciepły koc.
Z parasolem w dłoni byłyśmy już na Kopcu Kościuszki – o tym pisałam Wam wcześniej.
A tym razem, w kolejnym kobiecym trio, odwiedziłyśmy malowniczy Przemyśl – miasto w południowo-wschodnim zakątku Polski, pełne wzgórz, historii i magii.
Gdy dotarłyśmy na stację, pierwsze, co przywitało nas po wyjściu z dworca, to budka z goframi.
Czy Wam też takie miejsca kojarzą się z dzieciństwem? Z wakacjami nad morzem, z beztroską, z chwilami, które się smakowało, a nie tylko przeżywało?
Nie mogłam się oprzeć – pachnące, ciepłe, z bitą śmietaną i owocami.
Mała rozkosz, która sprawia, że człowiek się uśmiecha – nie tylko ustami, ale i duszą.
Więc z moją towarzyszką zamówiłyśmy po takim gofrze – pachnącym letnią bryzą – i czekałyśmy na trzecią z nas, aż do nas dołączy.
Uwielbiam te momenty – ten kobiecy gwar, śmiech, szczebiot słów, które płyną jak strumień.
Tematy się nie kończą, śmiech przeplata się z ciszą zrozumienia.
Jesteśmy. Obecne. Tu i teraz.
Pierwszym punktem naszej wyprawy było arboretum – ogród tak piękny, że trudno go ubrać w słowa.
Pachniał majem, zapierając aż dech w piersi głębią woni kwiatów.
Rododendrony w pełnym rozkwicie – białe, różowe, purpurowe – tworzyły aleje niczym z baśni. Azalie rozsiewały zapach, który unosił się w ciepłym powietrzu, a między nimi rozciągały się ścieżki jak z akwareli – pełne światła, cienia, zieleni.
Słońce tamtego dnia zaglądało między liście, tańczyło na płatkach kwiatów i łaskotało nas po policzkach.
Szłyśmy w zachwycie, nie mogąc nacieszyć wzroku ferią barw, niekiedy tylko zatrzymując się, by coś dotknąć, powąchać, poczuć bardziej.
Ten ogród był czarodziejski – jakby nie tylko dla oczu, ale i dla duszy.
Z każdym krokiem coś we mnie się otwierało. Rozluźniało. Oddychało.
Kolejnego dnia pogoda już nas nie rozpieszczała – powitała chłodem i deszczem.
Ale w tak cudownym towarzystwie żadna aura nie jest straszna.
Wspólnie ruszyłyśmy na dalsze zwiedzanie Przemyśla.
Miasto zachwyciło mnie swoją architekturą, ciszą i spokojem.
W porównaniu do Krakowa – gdzie wysiadasz z pociągu i natychmiast porywa cię tłum – tutaj czas jakby płynął wolniej. Człowiek czuje, że jest tylko on, to miasto i jego niesamowita historia.
Są miejsca, które nie wołają głośno. Nie migoczą neonami, nie biegną z impetem.
Przemyśl jest jednym z nich. To miasto, które mówi do człowieka szeptem – przez brukowane uliczki, skrzypiące schody, ciszę starych kościołów i chłód podziemnych korytarzy.
Mówi tak, jak lubię najbardziej – łagodnie, z historią w oczach i zapachem wieczornego wiatru, który niesie wspomnienia.
Na wzgórzu, które zdaje się dotykać nieba, stoi Kopiec Tatarski – miejsce, które bije sercem legend.
Mówią, że Tatarzy usypali go na mogile swojego wodza – chana Mirzy. Że każdy z wojowników, zdejmując czapkę, niósł garść ziemi, by ułożyć ją w hołdzie.
Inni szepczą, że jeszcze wcześniej czczono tu słowiańskiego boga ognia, a ogień płonął przez noce i dni.
Kiedy tam stanęłyśmy – w kobiecym kręgu, który niczym żywy wiatr opleciony był śmiechem i czułością – czułam tę moc.
Coś starego, głębokiego, większego od słów.
A potem widok – na całe miasto, na Bieszczady, na nieskończoność.
I cisza. Taka, która leczy.
Zeszłyśmy do miasta, które pachniało starą cegłą, kadzidłem i kawą z maleńkich kawiarenek.
Każda uliczka była jak rozdział książki – trochę poezji, trochę historii, trochę niedopowiedzenia.
W Katedrze greckokatolickiej można na chwilę zapomnieć o czasie.
Barokowe zdobienia, światło sączące się przez kolorowe witraże, złoto i drewno – wszystko jakby z innego świata.
Tu można usiąść i nie robić nic. Po prostu być. Pooddychać tym, co przetrwało stulecia.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała tam, gdzie wzrok nie sięga.
Podziemia Przemyśla – chłodne, kamienne, pachnące wilgocią i czasem.
Trasa turystyczna ciągnie się pod rynkiem, między sklepieniami i starymi piwnicami.
Szłyśmy, słuchając przewodnika, jak opowiada o dawnych mieszczanach, o kupcach i pożarach, o oblężeniach i legendach.
Czułam się trochę jak w bajce, trochę jak w filmie.
Ale najbardziej – jakbym dotykała prawdy.
Bo przecież każde miasto ma swoją ciemność, swoją głębię. Swoje sekrety.
A Przemyśl nie boi się ich pokazać.
Spędziłyśmy cudowne dwa dni na wspólnym zwiedzaniu, spacerach i… zakupach – bo przecież jak mogłoby ich zabraknąć na babskim wypadzie? To przecież punkt obowiązkowy 😊
Swoją drogą – zakupy były bardzo udane. Każda z nas znalazła coś wyjątkowego: coś do szafy i odrobinę kosmetycznych perełek.
Nasza G. to prawdziwa skarbnica wiedzy – mam wrażenie, że zna odpowiedź na każde pytanie!
Dzięki niej przeszłyśmy ekspresowe, ale kompleksowe szkolenie z pielęgnacji naszych pięknych buziek.
I właśnie za tę wymianę – informacji, doświadczeń, energii – kocham je wszystkie.
Wracam z takich spotkań bogatsza.
Mądrzejsza nie tylko o nowe triki kosmetyczne, ale o głębsze zrozumienie siebie i kobiet wokół.
Kiedyś, będąc w towarzystwie tak inteligentnych i oczytanych kobiet, czułabym się niewystarczająca.
Może nawet głupia, niedouczona.
A dziś? Dziś wiem, że mam swoją wiedzę. Swoje talenty.
I nie muszę być mistrzynią we wszystkim.
Mogę z lekkością przyjmować to, czym dzielą się inne kobiety – z podziwem dla ich darów, bez porównywania się.
One mają swoje mistrzostwo. Ja mam swoje.
Wieczorem, przy aromatycznej herbacie, piekłyśmy razem ciasto ze śliwkami.
I znów – śmiech, rozmowy, ciepło. Takie chwile zostają w sercu na długo.
Uwielbiam ten czas – gdy rozmowa przeplata się z zapachem ciasta, gdy kobiece głosy wypełniają kuchnię, a śmiech jest głośniejszy niż deszcz za oknem.
Uwielbiam patrzeć na nas – jak każda z nas jest inna, jak się zmieniamy na tej rozwojowej ścieżce, jak z uważnością wyłapujemy swoje paradygmaty i rozbieramy je na czynniki pierwsze.
Dla mnie była to podróż, w której zobaczyłam, jak pięknie potrafię dawać i z jaką lekkością potrafię przyjmować.
Jak ważne jest, by nie nieść ciężaru wszystkich „programów” – co wypada, a co nie.
Jak cudownie jest być sobą – bez analizy, bez zastanawiania się, czy coś kogoś urazi, czy może ukuje.
Chyba tę lekcję udało mi się odrobić.
Jestem ze sobą – w sobie.
Po prostu taka, jaka jestem.
Wiele jeszcze w życiu nie zaakceptowałam, ale chyba właśnie zobaczyłam, jak można akceptować siebie –
nie dlatego, że wszystko już wiem i mam poukładane,
ale dlatego, że nie muszę już spełniać niczyich oczekiwań.
Czuję w sobie luz. Spokój.
Wiem, że to, co czują inni, nie jest o mnie. I nie należy do mnie.
Chyba właśnie tego najbardziej mi brakowało – kobiecej energii.
Bezpiecznej obecności. Wspólnego bycia.
I tego majowego ciepła – które nie zależy od pogody.