„Oddycham sobą. Jak rzuciłam palenie bez walki”

Odkąd pamiętam, paliłam papierosy.
W moim pamiętniku — tak, tak jako nastolatka pisałam pamiętniki 🙂 naprawdę nie wiem dlaczego porzuciłam pisanie na tyle lat— w każdym bądź razie znalazłam wpis z 7 października 1995 roku. Miałam wtedy 13 lat i sięgnęłam po papierosa pierwszy raz. Opisałam to tak, cytuję:
„Wrażenia? Trochę dziwnie się czuję, rozbolała mnie głowa, ale jest super”.
Wpis poprzedzający ten moment był o tym, że wszyscy palą, tylko mnie nie wolno. Nawet mój chłopak palił, przyjaciółka też już próbowała — tylko ja nie. Więc tak dłużej być nie mogło. Była w tym złość, taka chęć dorównania. Dlaczego wszyscy mogą, a ja nie?
Umówiłyśmy się we trzy, w takim malutkim lasku. Kupiłyśmy papierosy — nie pamiętam jak, ale wtedy chyba dzieciom sprzedawali „dla rodziców”. I Właśnie tam zapaliłam po raz pierwszy. Podzieliłyśmy się też wedle zaawansowania: dwie uczące się palić wzięły po 5 sztuk, a ta, która nas uczyła, dostała 10 🙂
Dwie strony dalej w pamiętniku już widniał wpis: z paleniem koniec, zobaczyłam jak to jest i wystarczy.
A kiedy zaczęłam palić bardziej na poważnie, już nałogowo? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno było to w liceum. Nie potrafię sobie tylko przypomnieć, czy od pierwszej klasy, czy później.
A gdy skończyłam szkołę i zaczęłam pracować — paliłam już regularnie. Aż do września 2024 roku.
Nie wiem, czy wcześniej próbowałam rzucać. Może i tak, ale chyba niezbyt skutecznie, bo żadnej z prób nie pamiętam.
Pamiętam za to papierosy bez filtra, które podbierałam tacie.
Ich smak i motyw, który mną kierował:
Chciałam poczuć się dorosła.
Chciałam przynależeć.
Chciałam być jak inni. Jak starsze koleżanki.
Przez lata papieros był czymś więcej niż nałogiem.
Był przerwą.
Ukojeniem.
Ucieczką.
Nagrodą.
Cieniem pozornej wolności. Dorosłością. Przynależnością.
Wydawało mi się, że mnie chroni, że daje ulgę…
Że nawiązuje relacje i podtrzymuje rozmowy.
A tak naprawdę…
Trzymał mnie w miejscu, w którym zapominałam o sobie.
Nie widziałam, że sięgam po niego nie dlatego, że nie mam siły —
ale dlatego, że nikt mnie nie nauczył, jak ją odnaleźć w sobie.
Papieros mnie definiował. Nadawał mi ramy. Pozwalał odpoczywać.
Długo zastanawiałam się, czy kiedykolwiek rzucę.
Wręcz otwarcie mówiłam: palę, bo lubię.
Gdy weszłam w rozwój osobisty, usłyszałam gdzieś:
„Spokojnie rzucisz, jak pokochasz siebie.”
I wydawało mi się, że już kocham siebie… a paliłam dalej.
Ale nie wywierałam presji.
Oglądałam siebie i mojego towarzysza — papierosa.
Coraz bardziej świadomie chodziłam na nasze spotkania.
Coraz bardziej świadomie go smakowałam i dochodziłam do wniosku, że tylko pierwsze zaciągnięcie daje mi ulgę — a każde kolejne smakuje coraz gorzej.
Nie wiedziałam, co mnie bardziej trzyma w szponach nałogu — nawyk samego palenia, czy trzymania go w dłoni.
Bo paląc świadomie, coraz bardziej dochodziłam do wniosku:
to na pewno nie smak.
I — już na pewno — nie zapach.
Ale nie cisnęłam się.
Tylko obserwowałam.
Na którymś ze wspólnych kobiecych wyjazdów poczułam, jak uwiera mnie to ciągłe szukanie miejsca do palenia. Czy tu wolno, czy tam?
I tylko ja jedna paliłam.
Więc aspekt towarzyski przestał istnieć.
Wychodziłam sama.
A całe moje nowe towarzystwo dalej rozmawiało — a mnie nie było.
Bo wyprowadzał mnie nałóg.
Niesamowite.
Coś, co kiedyś podtrzymywało relacje, w moim nowym świecie rozwoju i bliskości — oddzielało mnie od ludzi.
Ale nikt mnie nie naciskał. Nie krytykował. Nie namawiał.
I słusznie — bo to we mnie ta decyzja musiała się zrodzić.
I kiełkowała… powolutku.
Pracowałam z lustrem. Z miłością do siebie. Z ukochiwaniem ciała.
I jednocześnie paliłam — świadomie. Przyglądałam się:
Co mi dajesz?
Co mi rekompensujesz?
Czy naprawdę jesteś mi potrzebny?
Ile czasu z mojego dnia mi zabierasz?
Ile razem siedzimy na tarasie, choć moglibyśmy robić coś ciekawszego?
Na wrześnień 2024 roku miałam zaplanowaną operację. Wiedziałam, że spędzę w szpitalu co najmniej cztery dni.
Przygotowywałam się psychicznie. Afirmowałam, manifestowałam, jak ma wyglądać ten czas, jaka będzie opieka, jak będę się czuła.
I dołożyłam jeszcze jeden, ważny punkt:
Idę do szpitala jako osoba niepaląca.
Ostatniego papierosa zapaliłam w dniu pójścia do szpitala rano.
Z pełną świadomością.
Pożegnałam się z nim. Podziękowałam mu za wszystko — za to, że był.
Za to, że dawał złudzenie ulgi. Jak by nie było, to spędziliśmy ze sobą ponad 20 lat a licząc od pierwszego można by powiedzieć i 30!
Ale teraz… chcę zobaczyć, jak to jest żyć bez niego.
Dzień operacji był lekki.
Oddychałam. Powtarzałam sobie:
„Jestem tu, by zaopiekować się moim ciałem.
Jestem w najlepszych rękach.
Oddaję się zaufaniu.
Wiem, że pewne historie muszą się uwolnić — mentalnie i fizycznie.”
Operacja przebiegła bez komplikacji. Pobyt, opieka personelu wszystko było tak jak to sobie wizualizowałam, idealnie.
Do domu wyszłam także według planu w czwartym dniu.
A brak papierosa — był tak naturalny, jakby go nigdy nie było.
Nie było głodu nikotynowego, nie było złości.
To była świadoma podróż…
do tej czystej, pierwotnej wersji mnie — wolnej od nałogu.
Bo to ja jestem właścicielką tego ciała.
To ja nim zarządzam.
I decyduję, że nie potrzebuję już dłużej się truć.
Zaczynam dziś dziewiąty miesiąc bez papierosa.
Nie tknęłam ani jednego przez cały ten okres.
Nie miałam dni, które chciałabym zagłuszyć dymem.
A przecież życie się dzieje — ze wszystkim, co przynosi miewam gorsze i lepsze dni.
Jest tak, jakbym nigdy nie paliła.
Niewiarygodne.
Po ponad dwudziestu latach — jedna decyzja.
Nie z głowy, nie z logiki, nie z przymusu.
Decyzja, która wypłynęła z serca.
Z miłości.
Z lekkością pożegnałam nałóg.
Gdy znajomi pytają: „Ale jak to zrobiłaś?”
Nie umiem tego wytłumaczyć.
Mówię tylko: „Postanowiłam nie palić.”
I widzę ich zdziwienie.
Bo wiedzą, jak to trudne.
Ale nie wiedzą,
że postanowienie płynące z serca —
z miłości do siebie —
działa jak magiczna tabletka na nałóg.
Bo gdy naprawdę odpowiesz sobie na pytanie:
Jaką dziurę próbuję zasypać? Jakie emocje uciszyć? Jaką stratę ukoić?
I ukochasz te bolące miejsca, zaakceptujesz te niekochania…
to naprawdę może się udać.
Więc dziś —
zamiast dać swojemu ciału papierosa,
daję mu miłość.
A w chwilach stresu —
daję mu głęboki oddech.
Akceptuję. Uwalniam.
Tak długo, aż poczuję się dobrze.
Daję sobie oddech —
coś, co jest naszym największym darem.
Bo choć wydaje się tak naturalny,
często zapominamy,
jak ważny i magiczny jest.
To właśnie ten głęboki oddech
uwalnia zablokowane emocje,
przywraca harmonię i równowagę.
Oddech — to życie.
I to jakość życia zależy od oddechu.
Świadomy, głęboki, uwalniający, odpuszczający, relaksujący.
A czy oddech bez papierosów, taki wolny, czysty, prawdziwy —
nie jest jeszcze piękniejszy?
A co jeszcze zyskałam?
Moje ciało, które zawsze było takie chude i szare —
wzięło w końcu prawdziwy wdech.
Zafundowało mi kilka kilogramów więcej.
Moje piersi stały się pełniejsze,
a pupa — w końcu nie jest już płaska i nieatrakcyjna.
Moja cera zyskała rumieńce i przepiękny blask,
a oczy…
w oczach pojawiła się radość.
Takie piękne iskierki w nich migoczą.
Jedzenie zyskało nowy smak,
a nos zaczął być bardziej czuły —
na większe spektrum zapachów.
Z każdym miesiącem,
gdy oczyszczam się z tej nikotyny,
zauważam, jak ja,
moje ciało
i moje zmysły
się zmieniają.
Wyostrzają.
Pięknieją.
Dziś mogę powiedzieć: oddycham sobą.
Kocham siebie.
A skoro ja mogłam z miłością wybrać życie bez dymu — Ty też możesz.
W swoim czasie. W swoim tempie. Z czułością.
Nie musisz walczyć. Wystarczy, że zaczniesz siebie słuchać.
Masz w sobie siłę, by przestać się truć. Nawet jeśli jeszcze w to nie wierzysz.
Ty też możesz.
Jesteś bliżej, niż myślisz.