Droga do spokoju

Nie wybaczę…ale uznam i zobaczę

Uznaję. Widzę. Przyjmuję. Takie to było.

Są takie krzywdy i takie rany, których nie da się objąć ani rozumem, ani sercem.
Nie da się ich naprawić ani logiką, ani duchowym uproszczeniem.
One po prostu są. One się wydarzyły.

Od trzech lat jestem w procesie. W rozwoju. W drodze do siebie.
Szukałam sposobu, by uwolnić się od traumy, którą niosę.
I przyznam to dziś uczciwie: zablokowałam się na jednym przekonaniu —
że wszystko skończy się wtedy, gdy wybaczę.

Tylko… czy wszystko da się wybaczyć?

Miałam kilka lat, gdy zły dotyk skrzywdził moje dziecięce ciało.
A dziecko, które chce przeżyć, robi to, co potrafi najlepiej:
minimalizuje krzywdę, wypiera ją, udaje normalność.

Zły dotyk dla każdego znaczy coś innego — i nieważne, czym dokładnie był, ważne, że Ty czujesz, iż przekroczył Twoje granice.
Nikt nie ma prawa tego umniejszać.
A Ty sama nie odbieraj sobie prawa do swoich uczuć, nie porównuj ich z cudzym cierpieniem — bo w Twoim życiu to Ty jesteś najważniejsza i to Twoje emocje zasługują na uważność.

Na zewnątrz: „ona tak ma”.
W środku: lęk, napięcie, drżenie rąk, ból żołądka.

W tamtych czasach nikt nie mówił o emocjach.
Nikt nie używał słowa „trauma”.
Była cisza. I tajemnica.

Dziś wiemy — i mówi o tym psychologia traumy —
że ciało zapamiętuje wszystko.
Że to, co niewypowiedziane, zapisuje się w mięśniach, układzie nerwowym, w oddechu.
Ciało pamięta. I płaci.

Przez lata niosłam to sama.
A potem przyszły kolejne rany — już w dorosłym życiu.
Jakby historia wołała: zobacz mnie do końca.
Przeżyj to, co kiedyś musiałaś zamrozić.

Moment, w którym pierwszy raz powiedziałam to na głos, był jak wyjście spod głazu.
Ale po uldze przyszedł lęk.
Ciało cofnęło się do dzieciństwa.
Zaczęło mówić jeszcze głośniej.

Trauma nie kończy się decyzją umysłu

I wtedy zrozumiałam coś ważnego:
trauma nie kończy się decyzją umysłu.
Nie kończy się zerwaniem kontaktów.
Ona kończy się wtedy, gdy zostaje zaakceptowana.

Nie potrafię wybaczyć.
I przestałam się do tego zmuszać.

W rozwoju często słyszymy:
„to rodowe”,
„to za matkę, to za babkę”.

Dla jednych to pomocne.
Dla innych — raniące uproszczenie.

Psychologia mówi, że przekroczenia naruszają poczucie bezpieczeństwa, zaburzają zaufanie do ludzi i do własnego ciała, często prowadząc do zamrożenia, odcięcia i umniejszania własnego doświadczenia — a droga zdrowienia nie zaczyna się od nadawania im sensu, lecz od cichego uznania bólu, odbudowy granic i powrotu zaufania, najpierw do siebie, bo to, co się wydarzyło, zapisuje się nie tylko w pamięci, ale i w układzie nerwowym.

Bo czy myśl, że sama to wybrałam, naprawdę leczy tę ranę?
Czy wybaczenie jest jedyną drogą wyjścia?

Dla mnie — nie.

Wybaczenie kojarzy mi się z miękkością, z ciepłem, z miłością.
A ja nie czuję nic.
Nie ma już złości — jest ściana.
Jest niezgoda.

Uważam, że są krzywdy nie do wybaczenia.
I że można z nich wyjść bez wybaczania.

Przez lata strach sprawiał, że chowałam się w golf po same oczy.
Jakby kobiecość została mi odebrana razem z bezpieczeństwem.
Jakby ciało przestało czuć, bo czuć było zbyt boleśnie.

Nie muszę wybaczać, by iść dalej

Zaczęłam zastanawiać się , szukać, pytać jak ja mam to wybaczyć…. i z odpowiedzią przyszedł do mnie — — live na Facebooku.
Padły tam słowa, które we mnie zostały i zaczęły pracować głęboko:

usłyszałam Uznaj to. Uznaj i zobacz, jakie to było.

I coś we mnie puściło.
Jakby ciało powiedziało: to wystarczy.
Jakby nie trzeba było już niczego więcej robić, naprawiać, rozumieć ani duchowo „domykać”.

Dostałam swoją odpowiedź.

Więc dziś postanawiam nie zmuszać się dłużej do wybaczenia.
Nie naciskać siebie.
Nie poprawiać swojej historii pod cudze koncepcje uzdrowienia.

Zamiast tego wybieram uznanie.
Proste. Ciche. Prawdziwe.

Uznaję:
– że byłam skrzywdzona,
– że odebrano mi poczucie bezpieczeństwa,
– że zabrano mi pożegnanie z najważniejszą osobą,
– że mnie oczerniano,
– że byłam nieakceptowana,
– że nie miałam pomocy,
– że zdradzili mnie najbliżsi,
– że żyłam w lęku.

Uznaję to — i wiele więcej. Widzę to.
Takie to było.

To nie Twoja wina!

I mówię to dziś nie tylko do siebie, ale do każdej kobiety, która niesie w sobie podobną historię:
to nie była twoja wina.
Nie prowokowałaś.
Nie miałaś szans się obronić.

Czy mogłam powiedzieć mamie?
Czy mogłam powiedzieć komukolwiek?

Nie.
Gdybym mogła — powiedziałabym.

Brak poczucia bezpieczeństwa odpowiada na wiele pytań.
Na milczenie.
Na to, że ciało chroni się szybciej niż można wypowiedzieć słowo.
Dlaczego zaufanie nie rodzi się samo.

Bo kiedy nie ma tego podstawowego, organicznego doświadczenia bycia chronioną —
zaufanie nie ma gdzie zapuścić korzeni.
A opieka nie staje się oczywistością, tylko marzeniem.

Byłam dzieckiem przerażonym.
Zimno było mi w środku. Takie zimno, które ma się w sobie, choć na zewnątrz jest upalne lato.

W środku drżysz
Żołądek bolał ze strachu.
Lata to niosłam.

A dziś — ręce się nie trzęsą.
Ciało nie boli.
I chcę iść dalej.

Nie chcę już słyszeć, że dopóki nie wybaczę, nie ruszę.
Nie chcę wisieć na tym haczyku.

Nie wiem, co było rodowe, co systemowe.
I nie muszę wiedzieć.

Wiem jedno:
nie chcę nieść dalej tego bólu.

Psychologia mówi dziś jasno:
uzdrowienie nie polega na zapomnieniu.
Polega na zobaczeniu i przyjęciu tego, co się wydarzyło,
tak, by trauma nie musiała już wracać wciąż na nowo.

Dlatego wybieram uznanie zamiast wybaczenia.

Widzę moją rodzinę taką, jaka była.
Widzę wykluczenia.
Widzę choroby.
Widzę przemoc.
Widzę nieobecność.

Nie wykluczam was.
Widzę was.

Ale wybieram siebie.

Nie zapominam.
Nie wybielam.
Po prostu kończę.

Wkładam to do kartonika z napisem:
takie to było dla mnie.

Zaklejam.
Oddaję.

Niech zajmie się tym coś większego niż ja.
Niech wezmą to moje anioły.

A ja idę dalej.
Z ciałem, które wreszcie oddycha.
Z sercem, które już nie musi walczyć.
Z prawdą, która nie boli tak jak kiedyś.

I to wystarczy.

Przez te trzy lata zrobiłam wszystko, co potrafiłam.
Spaliłam setki stron — listów, których nikt nie przeczyta.
Wylałam morze łez, by wypłukać z siebie ten ból.

Wspomnienia, musiały wreszcie wyjść na papier.
Oddychałam wtedy, gdy ciało drżało.
Zatrzymywałam się wtedy, gdy było za dużo.

Wiem, jak długą drogą bywa wychodzenie z lęku, bólu i winy. I wiem, jak bardzo pomaga obecność drugiego człowieka.

Oddycham pełną piersią

Każdy kurs, każde spotkanie, każda rozmowa,terapia wydobywały mnie powoli
z moich zapisanych końców świata.
Nie po to, by zapomnieć.
Po to, by móc oddychać.

Dziś oddycham pełną piersią.
Ręce się nie trzęsą.
Ciało nie boli.
Wiem, jak rozpoznawać emocje.
Wiem, jak z nimi być.
Wiem, że nie muszę już przed nimi uciekać ani ich tłumaczyć.

Może przyjdzie dzień, w którym poczuję, że wybaczyłam.
A może nie.
I obie te drogi są w porządku.

Dziś wybieram coś innego.
Idę dalej.
Chcę poznawać siebie w tym życiu.
Tę, którą jestem teraz.
Tę, która oddycha.
Tę, która już nie musi walczyć.

I to jest mój wybór.
Na dziś.
I to wystarczy.

Idę dalej

Idę dalej ze swoją prawdą, ze swoją historią. Taką, jaką mam. Taką, jaką doświadczyłam. To moja droga

Nie chcę, by moja droga była drogą żalu, pretensji i winy.
Nie chcę, by zabrała mi resztę życia myśl: „bo oni mi zrobili”, „bo oni mnie skrzywdzili”.

Dziś biorę odpowiedzialność za resztę swojego życia.
Za to, jak je przeżyję.
Za to, kogo do siebie dopuszczę.
Za to, gdzie postawię granice.

Zatroszczę się o siebie tak, by nikt więcej nie mógł mnie skrzywdzić.
Nie z lęku — z uważności.
Nie z zamknięcia — z miłości do siebie.

Idę dalej ze swoją prawdą i swoją historią.
Bez żalu. Bez pretensji. Bez winy.
Biorę odpowiedzialność za to, co przede mną.

Każdy ból, który kiedyś mnie trzymał, mogę dziś zostawić za sobą.
Wiem też, jak szukać pomocy i jak uwalniać to, co boli.
I wybierać siebie — każdego dnia na nowo.
Aż poczuję się sobą….