Droga do spokoju

Czego ty tak naprawdę chcesz, kobieto?

By opatrzeć rany, trzeba widzieć, gdzie przykleić plaster

Cześć, Drogi Czytelniku.

Po ostatnim, dla mnie dość ciężkim temacie, dziś zostaję nadal w obszarze rozwoju —
ale odrobinę lżej.
Przynajmniej dla mnie.

Jestem właśnie w trakcie kursu o pięknej nazwie Przezimowanie,
o którym wspominałam przy okazji Szczodrych Godów.
Polecałam go wtedy, jeszcze nie wiedząc, co mnie w nim czeka.
Dziś mogę powiedzieć jedno: było, jest i bardzo warto.

Ogrom wiedzy.
Tematy, które momentami robią w głowie niezłą burzę —
żeby nie powiedzieć: porządne przestawienie mebli.
A jednocześnie trafiają dokładnie w to miejsce, w które maja trafić.


Poranne pretensje

Pewnego dnia — jak to ja — weszłam w tryb pretensji.
Temat właściwie nieważny.
Ważne, że zdarza mi się być tą stroną,
która pełna żalu i niedosytu wylewa całe wiadro emocji na partnera.

Bo gdybyś ty inaczej…
bo ja mam tak…
bo mnie jest tak i siak.

Zdarzył mi się taki słabszy dzień.
Na mojego, zupełnie Bogu ducha winnego męża,
wylałam swoje poranne żale.


Wieczorne „Przezimowanie”

A wieczorem włączyłam w „Przezimowaniu” część o autosabotażu.

Mechanizmy podane były jak na tacy.
Jednym z nich było podejście obwiniające.

Nie będę streszczać całego wykładu.
Ale słuchając tej charakterystyki,
miałam wrażenie, jakby ktoś powoli rozszerzał mi oczy.
A przed nimi stawałam ja —
ta sama, poranna, wylewająca żale na partnera.

Nie doszłam jeszcze do końca,
co dokładnie sobie tym sabotuje.
Ale dziś nie o tym.

Słuchając dalej i uświadamiając sobie,
że jestem tą obrażoną, sfochowaną, obwiniającą,
która — z jakiegoś powodu — burzy nasze szczęście,
poczułam coś bardzo niewygodnego.

Bo prawda jest taka:
nawet jeśli mam swoje „ale”,
to nie jest to powód,
by ktoś musiał się ze mną tak zmagać.


Jedno pytanie, które wszystko zmieniło

I wtedy — zupełnie nagle —
usłyszałam pytanie.
Jakby ktoś siedział obok i spokojnie zapytał:

„Na kogo ty tak naprawdę jesteś zła?
Do kogo masz ten żal?
Bo przecież nie do niego.”

W tej samej chwili stanął mi przed oczami mój ojciec.
A historia zaczęła się łączyć.


Ojciec, który nie chronił

Mój partner nie broni.
Nie chroni.
Nie widzi potrzeby wchodzenia w rodzinne konflikty,
rozpętywania kłótni, które — umówmy się —
niczego nie zmieniają.

Zwłaszcza gdy wiemy, jak trudno zmienić samego siebie,
a co dopiero ludzi po siedemdziesiątce.

Logicznie — ma rację.
A jednak ja mam żal.
Że nie reaguje, nie broni.
Że nie robi tego, czego ja — gdzieś głęboko — potrzebuję.

I nagle zobaczyłam scenę sprzed lat.
Mojego ojca.
Mnie — wściekłą, bezradną nastolatkę —
krzyczącą, że on tej matki do domu nie przyprowadzi,
że on coś powinien zrobić.

A on — bezradny — odpowiadający:
„Dziecko, co ja mogę zrobić?”

I wtedy zobaczyłam to naprawdę.

To on mnie nie bronił.
To on nas nie ochronił.
I ten żal — pierwotny, organiczny — jest do niego.

Za to, że nie był taki, jakiego potrzebowałam.


Gdy ciało puszcza

To samo „co ja mogę zrobić”
wraca dziś w innym ciele.
W innym głosie.
W moim mężu.

Kiedy to wszystko się poskładało —
jak kolejne puzzle wreszcie układające się w całość —
moje ciało zalał szloch,
jakiego dawno nie pamiętam.

Cały żal do ojca popłynął jednym nurtem.
Nie mogłam uwierzyć,
ile tego we mnie było.
Jak długo to było ukryte.

I nagle zobaczyłam,
że mój mąż co rusz przynosi mi ojca
— wciąż w nowej odsłonie.

A ja…
poczułam, jak bardzo jestem dziś lżejsza.

Poranne obwinianie połączyło się z wieczornym „Przezimowaniem”.
A to wszystko zaprowadziło mnie
do przedpokoju w rodzinnym domu.
Na wprost mojego bezradnego ojca.

I tam coś się domknęło.
Cicho.
Bez fanfar.
Z ulgą w ciele.


Niewidoczne rany

Gdy damy sobie przestrzeń i ciszę,
by naprawdę usłyszeć siebie.
Gdy pozwolimy sobie uczciwie spojrzeć w głąb
i odpowiedzieć na pytanie:

czego ty tak naprawdę chcesz, kobieto —

często okazuje się,
że w środku mamy poukrywane rany.

Rany, których na co dzień nie widać.
A jednak wystarczy czasem jeden niechcący gest z zewnątrz,
jedno słowo, jedno milczenie,
by ktoś — zupełnie nieświadomie —
posypał je solą.

Jakby nacisnął niewidzialny guzik:
tu mam odrzucenie,
tu mam niekochanie,
a tu: bo ty mnie nie obroniłeś.

I idziesz dalej z tymi niewidocznymi ranami.
A ludzie obok — chcąc lub nie —
dotykają ich raz po raz.

A ty nagle: buch — wiadro żalu.
Buch — wybuch złości.

A potem myślisz:
Przecież ten człowiek nie zrobił nic takiego,
żebym zareagowała aż tak.


Znane bagienko

I wtedy okazuje się,
że idziesz nie z teraz,
tylko z dawnych, niezaopiekowanych żalów, lęków
i zapomnianych bóli.

Często też wybieramy partnerów na podobieństwo tego, co znamy.
Bo — jak to mówią — znane bagienko to znane bagienko.

Jeśli wiesz, jak żyć obok ludzi wycofanych i milczących,
jeśli znasz doświadczenie bycia niezalewaną miłością,
jeśli wiesz, jak to jest,
gdy ojciec był emocjonalnie nieobecny —
to i mąż bywa podobny.

Nie dlatego, że tego chcesz.
Ale dlatego, że to znane.
A znane daje złudne poczucie bezpieczeństwa.


Po co to wszystko

Może życie daje nam takich ludzi,
którzy dotykają naszych ran.

Ran nieobecności.
Braku ochrony.
Miłości, której było za mało albo wcale.

Nie po to, by ranić nas coraz głębiej.
Ale po to, byśmy mogły zauważyć, gdzie te rany w nas są.

Bo jak opatrzyć zranienia, zadrapania,
a czasem otwarte złamania,
jeśli ich nie widzimy?

Jak zaopiekować to, co boli,
gdy udajemy, że nic tam nie ma —
choć co chwilę ktoś sypie po tym solą?

Może nie chodzi o to, by nie czuć.
Może chodzi o to, by przestać nieść ten ból w ciemno.

Potrzebujemy świadomości.
Potrzebujemy czułości.
Tego prostego:

widzę cię i uznaję.

Bo dopiero wtedy rany
mają szansę się zagoić.