„Ta druga. O miłości i kobiecej sile”

Inne spojrzenie
Cześć, mój drogi Czytelniku.
Dziś podzielę się z Tobą kolejną porcją moich ostatnich, głębokich rozmyśleń, które przetoczyły się przeze mnie w procesowym czerwcu.
Chwilami mam wrażenie, że przez dwa lata w rozwoju nie zrobiłam tyle, co w tym jednym miesiącu.
Gdy trafiasz na ścieżkę rozwoju, zaczynasz patrzeć inaczej.
Przestajesz widzieć tylko ból i frustrację — pojawiają się pytania, ciche, ale głębokie:
Co jest w tym o mnie?
(Początkowo to pytanie denerwowało mnie najbardziej. Nie cierpiałam go).
Z czasem, zamiast złoszczenia się — pojawia się przestrzeń. Zamiast ucieczki — uważność.
Zamiast ocen — przeglądam się w tych lustrach.
Kotwica
Ostatni miesiąc, a nawet półtora, był dla mnie jak przerwa.
Zatrzymała mnie nie tylko niedyspozycja nogi — której powrót do sprawności miał potrwać tygodnie — ale i mój czworonożny przyjaciel.
Badania kontrolne nie wyszły tak, jak się spodziewaliśmy.
Za to moja noga ma się już całkiem dobrze 😊
Ale dziś nie o tym. Dziś o przyjacielu. I innych rozkminkach.
To już mój drugi towarzysz. Poprzedni odszedł jakiś czas temu.
I choć nie ma go z nami, jego cień wciąż się unosi — w porównaniach, wspomnieniach, w nieświadomym:
„A tamten był taki…”
Czuję, że ten młody zatrzymał mnie tu — dosłownie i symbolicznie.
Choć kocham go całym sercem, stał się moją kotwicą.
Kotwicą, która nie pozwala mi wypłynąć z tego portu.
Portu, w którym… wcale nie jest mi wygodnie.
Co mam tu jeszcze zobaczyć?
Więc pytam: co mam tu jeszcze zobaczyć?
Czego nie chcę zostawić?
Bo może tylko miłość jest w stanie mnie zatrzymać.
Może to odpowiedzialność — za życie, za bliskość, za istotę, która sama sobie nie poradzi.
Widzę też odrzucenie.
Może on je czuje — będąc porównywanym, niewystarczającym, nie takim jak „tamten”.
Może i miłość, którą mu daję, nie jest lekka — może ma w sobie przymus.
Ciało opowiada historię
Nie wiem jeszcze, dlaczego mój przyjaciel choruje.
Nie wiem, czy to próba odejścia, czy może powtórka nieprzeżytego odejścia pierwszego.
Może to echo mojej lekko przestraszonej duszy, którą odbija.
Może choruje, by być bardziej kochanym — jak dziecko, które staje się bliższe, gdy jest słabsze.
Wiem jedno — coś mam tu jeszcze do zrobienia.
Lub puszczenia.
Tapeta
I tak przyjrzałam się sobie.
Nawet tapeta w telefonie — to ja i ten pierwszy.
A więc… co czuje ten mój młody?
Niby kocha, ale przecież z każdego kąta wychyla się poprzednik.
Ciągle te porównania.
A przecież nikt nie udźwignąłby życia w cieniu kogoś, kto był „lepszy”.
Symboliczne pożegnanie
Więc sprzątam.
Sprzątam swoją energię.
Pożegnałam pierwszego psa — z intencją, by Junior mógł odzyskać swoją przestrzeń.
Symbolicznie zmieniłam też tapetę w telefonie.
Wiem, że miałam w sobie wewnętrzną niezgodę na to, że choruje.
Ale dziś otwieram serce i przyjmuję: przyszedł do mnie właśnie taki.
Z przygodami. Nieidealny.
I taki jest mi potrzebny. Teraz.
Lustro
Mam zaakceptować jego urodę.
I to, że nasze wspólne ścieżki prowadzą także przez zdrowotne zakręty.
Jest uroczym pacjentem, który zdobywa serca każdej napotkanej osoby — bo jest w nim coś magicznego.
Ale… mój Junior czuje się tu jak ja.
Czuje się nieakceptowany. Porównywany.
Jest moim lustrem.
Ten jego lęk… te sytuacje, gdy nie podchodzi do ludzi, gdy ucieka…
Jakby pokazywał mi moje ukryte schematy.
Im bardziej świadomie na niego patrzę, tym wyraźniej widzę w nim siebie.
Jest jak posłaniec.
Nie mówi ludzkim głosem, ale jego ciało opowiada moją historię.
I nawet mąż od początku powtarza:
„No cała Pani…”
Tak, on jest jak moja psia kopia.
Opowieść powraca
Pomału otwieram oczy i widzę, jakim jest błogosławieństwem.
Cudem.
Z moimi psami mam zawsze jakąś wewnętrzną opowieść.
Pierwszy nie mógł wchodzić do domu, często na niego krzyczano, przeganiano z kąta w kąt.
Spokój przyszedł dopiero, gdy był już starszy.
Gdy znał zasady gry. Gdy wiedział, kiedy wolno mu być blisko.
A kiedy zachorował — nagle stał się mile widziany.
Przestał „pachnieć psem”. Przestał „przeszkadzać”.
To o mnie
Teraz z Juniorem — jakby ta lekcja powraca.
Tylko że jemu od początku więcej wolno.
A mimo to… choruje już w pierwszym roku.
I znów: przeganianie. Zaznaczanie granic.
„Tu ci wolno. Tu nie pasujesz.”
Znów to czuję.
To o mnie.
To bycie nieakceptowaną.
To przestawianie z kąta w kąt.
To pytanie, które coraz częściej słyszę — i które niby zadają jemu, ale w głębi duszy wiem, że pytają też mnie:
„Gdzie masz swój domek?”
Gdzie jest mój domek?
No właśnie.
Gdzie go mam?
I znów wypuszczam to pytanie w przestrzeń.
Co jest w tym o mnie?
Co mam tym razem zobaczyć?
Przeszłość wciąż żywa
Gdzie mnie kiedyś przestawiano?
Gdzie nie pasowałam?
Gdzie „nie pachniałam”?
To już drugi pies, który „nie jest taki, jak by go tu widzieli”.
Który musi się dopasować. Czytać w myślach. Być „jakiś”.
Czyż ja całe życie nie próbuję się dopasować?
Nie staram się być „jakaś”?
Czy nie powinnam czytać w myślach?
Czy nie słyszałam w szkole:
„Nie idź do liceum, nie dasz rady”?
Czy nie byłam „niewystarczająca”?
Zbyt leniwa?
Zbyt mało robiąca?
Zbyt długo śpiąca?
Pies czy dziecko?
A teraz…
Dlaczego tak bardzo boli mnie to, że mówią coś o moim psie?
Dlaczego komentarze o nim dotykają mnie tak, jakby ktoś ranił moje dziecko?
Choć logicznie wiem, że nic mu się nie dzieje — cierpię tak, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce.
Bo powiedzieli, że „mój pies śmierdzi”.
Lekcja, która wraca
Co mam zobaczyć?
Co mnie tak bolało kiedyś, że ta lekcja przychodzi do mnie znów?
Dlaczego te słowa ranią mnie do głębi?
Wielu ludzi nie łączy się emocjonalnie ze zwierzęciem.
Ma ono swoje miejsce, swój teren.
Byle kłaki nie walały się po domu.
A ja?
Gdybym mogła, wzięłabym go pod kołdrę.
Każda uwaga na jego temat boli mnie tak,
jakby ktoś ciął mnie nożem.
W tej roli „tej drugiej”
O co tu chodzi?
Co mam w tej lekcji zobaczyć?
I chyba pomału właśnie zaczynam widzieć związek.
Czy to ja siebie odrzucam… skoro oni pokazują mi to, odrzucając mojego psa?
Gdzie odrzucam siebie?
Czy to, że jestem w miejscu, w którym jest mi niewygodnie, nie jest też formą odrzucenia siebie?
Zaczynam czuć, że kiedy ukocham i naprawdę zaakceptuję siebie — tu, taką jaka jestem —
może i on, mój pies, zostanie przyjęty.
Może mam powód, by uzdrowić coś w sobie…
Dla niego. Dla mojego przyjaciela.
Dla tej drugiej. Tego drugiego.
Nie jestem z braku
Moje psy… jak ja.
Jak ta „druga” — niezaakceptowana. Porównywana. Niewystarczająca.
Nie potrafi trzymać się swojego miejsca.
Wchodzi za daleko.
Na teren, który nie jest jej.
Obca.
Nie taka.
„Pachnie” przybyszem.
Niechciana.
Zajmuje przestrzeń, która należała do innej kobiety.
A ta była akceptowana.
Może moje psy są moim lustrem.
Odbiciem mnie — tej, której nie przyjęła teściowa.
Czasem mam wrażenie, że gdyby wzrok mógł ranić, miałabym jeszcze więcej blizn.
Ale czyż oni — ci, którzy są obok — nie mówią do moich psów tego,
co najchętniej powiedzieliby… do mnie?
Tylko że sytuacja. Życie.
Wymuszają kompromis.
Wybieram miłość
Ale przecież…
To wszystko jest o mnie.
O byciu „tą drugą”.
O byciu intruzem.
O tym, że mój domek — to nie tu.
Czy moje psy… nie czują się tu tak jak ja?
Niezaakceptowane. Inne. Gorsze.
Niewystarczające.
Może to już czas.
Czas, by przyjrzeć się temu z miłością.
I ukochać siebie w tym doświadczeniu.
W tej roli „tej drugiej”.
Jestem cudem
Bo szarpanie się z rzeczywistością…
nie sprawi, że przestanę nią być.
Ale tylko ode mnie zależy,
czy potraktuję siebie jak kogoś z drugiego sortu,
czy jak skarb.
Jak cud.
Jak coś najpiękniejszego.
Nie jestem z braku laku.
Jestem z miłości.
Z bycia inną.
Wyjątkową.
Niesamowitą.
I chcę sobie przypomnieć te oczy…
Te, które patrzyły na mnie z zachwytem, jak na coś nieosiągalnego.
Tę determinację, z jaką byłam zdobywana.
Bo gdyby to było z braku — można było wybrać coś bliżej. Prościej. Łatwiej.
A jednak… to mnie wybrano.
Choć byłam daleko. Inna. Trudniejsza.
To jestem tu.
To ja uwierzyłam, że jestem gorsza.
A przecież…
Jestem wyjątkowa.
Ich dom – to ja
I moje psy…
Może i mają swój domek.
Ale ich dom jest tam, gdzie jestem ja.
Gdy „druga” znaczy wyjątkowa
Dlaczego myślę, że bycie tą „drugą” jest czymś gorszym…?
Skoro nie raz słyszałam, że „te drugie są fajniejsze” – czy nie czuję, że zasługuję na więcej?
Czy to odbiera mi wartość?
Nie widzę tego, co przecież jest tak oczywiste — ktoś chciał dla mnie wywrócić swoje życie do góry nogami.
To znaczy, że trzeba być kimś wyjątkowym.
Trzeba mieć w sobie coś, co nie pozwala przejść obojętnie.
A może właśnie to, że ktoś wybiera bycie z kimś przez dwadzieścia lat, jest dowodem wyjątkowości tej drugiej?
Dowodem wielkiej miłości do niej.
Czy 20 lat to wciąż za mało, bym uwierzyła, jak ważna jestem?
Co muszę w sobie obudzić, żeby zobaczyć, że bycie „drugą” może znaczyć coś więcej?
Że można być tą, dla której warto wszystko poświęcić.
Tą, która zmienia życie nie głośno, lecz cicho — obecnością, czułością, prawdą.
A jeśli nigdy nie byłam pierwsza…?
Urodziłam się jako czwarta.
A całe życie dźwigam w sobie cichy żal, że nie byłam pierwsza.
Tylko… czy ja kiedykolwiek byłam pierwsza dla samej siebie?
Może dziś, będąc tą drugą — najwspanialszą z możliwych — zrobię wszystko, by wreszcie postawić siebie na pierwszym miejscu.
A mój przyjaciel, choć nie jest pierwszy, dziś jest tym jedynym.
I pokazuje mi miłość, której nie znałam.
Bo jego obecność jest lekcją akceptacji, bliskości, oddania.
I tego, ile człowiek potrafi dać, by móc spędzić z kimś jeszcze jeden dzień.
By każda miłość w moim życiu była tą najważniejszą.
Jedyną.
Idealną na dziś.
Dziś wybieram siebie.
Chcę być tą drugą, która staje się pierwsza – dla siebie.
Wyjątkowa.
Kochana.
Widziana.
Taka, z którą ktoś chce być nie dlatego, że trzeba,
ale dlatego, że pragnie spędzić z nią – jeszcze jeden dzień, i kolejny, i jeszcze jeden…
Drugi też jest ważny
A dziś…
Otwieram oczy i dostrzegam te drobne gesty.
Tę miłość.
Tę troskę, jaką obdarzają juniora.
Te małe znaki, które mówią:
„Drugi” też jest ważny.
Czasem wystarczy jeden krok.
Jedno pozwolenie, żeby ktoś poczuł się… bezpiecznie.
PS.
Ten tekst powstał kilka tygodni temu.
Informujemy: nowy początek już się dzieje.
Pomału, razem z juniorem, urządzamy swój domek.
Choć adres ten sam, to wszystko w nas się zmienia.
Zmieniamy to, jak się tu czujemy.
O tym już wkrótce — remont in progres.
Dzieje się. Pięknie się dzieje.
A we mnie pokazują się pięknie wszystkie blokady, sabotaże i to, jak mi trudno by dać sobie prawo…
By posiadać.
By być.
Ale zmieniamy to.
I niedługo Wam o tym opowiem.
Junior miał dziś kontrolne badania – trzymajcie kciuki, by i tu wszystko było dobrze.
A moje zdrowie… ma się idealnie.
Magia wizualizacji, medytacji i wiary w to, że „niemożliwe nie istnieje” — naprawdę działa.