Droga do spokoju

„Zapisane w dłoniach. Ciało, które pamięta”

🎵 Posłuchaj wersji audio tego wpisu!

Są wspomnienia, których przez długi czas nie chcemy dotykać. Zamykamy je głęboko — tak, jakby ukrycie ich mogło sprawić, że przestaną boleć. Ale one tam są. Żyją w naszym ciele. W reakcjach, których nie rozumiemy. W napięciu, które nie mija. W słowach, których nie umiemy wypowiedzieć. Ciało pamięta.

Pamięta to, co my staraliśmy się zakopać jak najgłębiej. Ostatnio usłyszałam, że nasza podświadomość to nasze ciało — i coś w tym jest. Mapa moich traum czasem daje o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach.

Kiedy ktoś nagle, witając się ze mną, obejmuje mnie, a ja — choć lubię tę osobę i niczego złego się nie spodziewam — wciąż potrafię się wzdrygnąć. Albo wtedy, gdy zaczynają mi się pocić dłonie, czy gdy ręce zaczynają drżeć. Pracuję głównie z mężczyznami i katorgą jest dla mnie podawanie dłoni choćby kilku z nich, a co dopiero — kilkudziesięciu.

Moje ciało czuje wtedy fizyczny ból, jakby ktoś przekraczał moją granicę — choć przecież dla większości ludzi to zwykły gest szacunku, wyraz kultury osobistej. Dla mnie to przekroczenie, a przez to jestem postrzegana jako osoba, która się nie integruje, a czasem niektórzy mogą to odbierać jako brak szacunku.

Ale czy zastanawiamy się czasem, dlaczego ktoś może tego nie lubić? Dlaczego dla kogoś tak prozaiczne gesty — jak uścisk dłoni czy przytulenie — mogą być bolesne? Może kiedyś, ktoś przekroczył tę osobę tak bardzo, że dzisiaj jej ciało pamięta każdy najmniejszy sygnał zagrożenia?


Ciało, które czuje

Nasz autonomiczny układ nerwowy — jak sama nazwa wskazuje — jest niezależny. Robi to, co chce, nawet wtedy, gdy my świadomie bardzo chcemy inaczej. Nie chcemy, żeby trzęsły nam się ręce. A one się trzęsą. Nie chcemy, żeby drżał głos. A ten wibruje jak szalony. Nie chcemy, żeby ciało zdradzało to, czego sami czasem nie chcemy już czuć. A ono i tak pamięta.

Pamięta zapisane ścieżki tego, co kiedyś było dla nas nie do udźwignięcia — gdy mieliśmy pięć, dziesięć lat. Tyle lat żyłam jak przestraszone zwierzątko, że dziś, siedząc spokojnie w pokoju i słysząc, że ktoś idzie — że zaraz pewnie wejdzie — ja i tak potrafię się przestraszyć pomimo tej świadomości, że wchodzi. I tak podskoczę.


Przeszłość, która nie odchodzi

Przez lata słyszałam pytanie: „Czego ty się tak boisz?”. No właśnie — teoretycznie siedzę spokojna. Jest cudownie. Odpoczywam, czytam książkę, i nie zdaję sobie sprawy z tego, że moje ciało… ono jest w ciągłej gotowości. Nasłuchuje.

Nasłuchuje szmerów z pokoju obok. Czy tam za ścianą trwa jeszcze impreza, czy może już po? Czy ktoś śpi, czy może się budzi? Czy oddycha spokojnie, a może majaczy w pijackim śnie?

A dziś. Mieszkam setki kilometrów od tamtego domu. A jednak — moje ciało… ono nigdy z tego domu nie wyszło. Czuwa. Jest czujne. Cały czas.


Proces uzdrawiania

Próbuję od dawna znaleźć przyczynę tego, co tak mocno pcha mnie w te reakcje ciała. Powoli idę przez te traumy, przez te trudne wspomnienia, wyciągam je na światło dzienne, przyglądam się im, tulę jak umiem. Podobno musimy pozwolić sobie poczuć to, co tak głęboko pochowaliśmy.

Czasami boję się, że rozpadnę się na kawałki, których nie będę w stanie poskładać. A może trzeba się rozpaść, żeby na nowo się zbudować? Nie wiem. Wiem natomiast, że kiedyś wyrwały mnie ze snu dziwne odgłosy. W pokoju panowała ciemność, jedyne światło, to, to z telewizora.

Pamiętacie, jak kiedyś programy w telewizji były nadawane tylko do określonej godziny? A potem na ekranie zostawała tylko szara kaszka i szum?


Przypomnienie o trauma

W każdym bądź razie, jedyne światło, które oświetlało pokój, to było światło telewizora. A spod stołu dochodziły odgłosy szarpaniny. Zerwałam się z łóżka, jeszcze w półśnie, zajrzałam w stronę hałasu, a tam ojciec zaciskał dłonie na szyi matki.

I ja — to małe dziecko — wbiegłam w tę walkę dorosłych, otwierając rączkami te wielkie męskie dłonie, które nie puszczały szyi. Do dziś widzę tylko te dłonie. Nie pamiętam jej twarzy, ale te dłonie pamiętam — ich wielkość, szorstkość. I widzę swoje małe paluszki, które z niewyobrażalną siłą próbowały otworzyć te ręce, by rozluźnić ich uścisk.

Nie wiem, skąd w tym kruchym ciele wzięła się ta siła, która uratowała życie. Kobiecie, która najpierw podarowała je mnie.


Przeszłość zapisana w ciele

I może te męskie dłonie, te, które do dziś pamiętam — szorstkie, zaciśnięte w złości, nienawiści, pijackim amoku — zapisały się w moim ciele tak głęboko, że każdy męski uścisk dłoni dzisiaj, każdy dotyk, sprawia mi ból. To ból, który nie pochodzi z teraźniejszości, ale z tych wspomnień, które tkwią w moim ciele.

Pamięć o tym, jak te męskie dłonie zaciskały się na szyi — ten ból zapisany w ciele — on żyje we mnie, mimo upływu lat. I choć nie chcę, by otoczenie postrzegało mnie jako niekulturalną, to nieświadomie robię wszystko, by tych dłoni nie musieć uścisnąć.

I tak oto, znalazłam korzeń, z którego wyrasta moja niechęć do dotykania męskich dłoni. Niesamowite, jak wszystko jest w nas. Jak wszystkie odpowiedzi mamy w sobie — tylko czasami trzeba się w siebie zanurzyć i nie bać się, że te wspomnienia nas pokiereszują.


Odwaga w uzdrawianiu

Dziś staję do tej przeszłości jako dorosła kobieta. I wierzę — naprawdę wierzę — że się nie rozpadnę. Że jestem wystarczająco silna, by ukochać to, co kiedyś zamroziłam w sobie, bo wtedy było dla mnie zbyt trudne, by to unieść. W tamtym czasie, jako dziecko, musiałam się ochronić. Zamrozić ból, by przetrwać.

Dziś uczę się, jak z tym rozmawiać. Jak otworzyć się na to, czego kiedyś nie chciałam widzieć. To wymaga odwagi — odwagi, by zaufać sobie. Odwagi, by uwierzyć, że przejdę przez ten ból i nie rozpadnę się na kawałki.


Droga ku zdrowieniu

Bo kiedy uwalniamy te emocje, kiedy dajemy sobie prawo poczuć je do końca — wtedy robimy miejsce na zdrowienie. Nie chodzi o to, by zaprzeczać czy tłumić. Chodzi o to, by zobaczyć na nowo. Z ciepłem. Z wyrozumiałością. Z ramionami gotowymi objąć tę część siebie, którą kiedyś musieliśmy zostawić.

Właśnie przepłakałam dwa dni. Dwa dni pozwalałam sobie, by wypłynęło to, co tak głęboko ukryłam. Moje małe, wewnętrzne ja wywalało z siebie cały ten żal i ból. Bo czasami nie wystarczy coś sobie przypomnieć i wyoddychać. Czasami naprawdę potrzebujemy tych łez, które oczyszczają.

Potrzebujemy utulić tę małą dziewczynkę w nas, która kiedyś była tak cholernie silna. Tak bardzo silna — w czasie, gdy to nią powinien ktoś się zająć.

Każda łza, każdy drżący oddech, każdy gest czułości dla siebie jest krokiem ku zdrowieniu. Nie wrócimy do czasu, który nas zranił — ale możemy wrócić po siebie. I to jest ta prawdziwa podróż.


Podróż do siebie

Podróż z głowy — do serca. Podróż, w której nie chodzi o wymazanie przeszłości, ale o przyjęcie siebie ze wszystkim, co w nas żyje. Dziś wiem, że nasze ciała pamiętają. Że w naszych mięśniach, oddechu, w odruchach i w nieoczywistych reakcjach zapisane są całe historie. Nasze mądre ciało — zamroziło w sobie to, co było kiedyś zbyt trudne, by udźwignęło to dziecko.

A uwolnienie zaczyna się wtedy, kiedy przestaję walczyć z tym, co czuję. Kiedy pozwalam sobie zapłakać. Kiedy przytulam w sobie tamtą małą dziewczynkę, mówiąc jej, że teraz już jest bezpieczna. Teraz ja się tobą zajmę. Teraz, zabiorę Cię do domu, za którym zawsze tęskniłaś — domu, w którym wreszcie możesz być sobą.